Logo tylkoskoki

218

Wywiad z Darią Kobiernik. Amazonką trzech, a nawet czterech konkurencji jeździeckich. O jej początkach, pierwszych osiągnięciach, rozterkach, organizacji treningów i startów oraz przede wszystkim o filozofii pracy z końmi.

Tylkoskoki: Jak zaczęła się Twoja przygoda z jeździectwem?

Daria Kobiernik: W zasadzie konie miałam chyba zapisane we krwi od urodzenia. Zakochałam się w tych zwierzętach, od kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy. Nie pamiętam dokładnie kiedy to było, ale byłam wtedy bardzo małym dzieckiem. Rodzice zawsze mieli problemy, aby odciągnąć mnie od koni, gdziekolwiek je zobaczyłam. Ponieważ jestem osobą, która mocno dąży do swoich celów, bo taki mam charakter, a od małego zawsze fascynowały mnie te zwierzęta, postanowiłam sobie za punkt honoru, że chcę jeździć i mieć cokolwiek wspólnego z nimi. Szczęśliwie dla mnie, kiedy miałam osiem lat w mojej miejscowości powstał ośrodek jeździecki. Myślę, że był to idealny wiek, aby zacząć. Oczywiście były to początki w klubie rekreacyjnym, były tam na początku cztery konie. Dla mnie było to fantastyczne, miałam 2-3 kilometry drogi do stajni, na początku były to jazdy weekendowe, ale tak mogłam realizować swoją pasję. Wszyscy w rodzinie myśleli, że mi to przejdzie, ale jak się okazało, było to niemożliwe. Powoli ośrodek się rozwijał, zaczęto myśleć o sporcie, a że byłam młodym narybkiem i bardzo zaangażowanym jeźdźcem, to pociągnęli mnie wyżej. I tak to dalej poszło.

074 1

TS: Jakie były pierwsze osiągnięcia sportowe w Twojej karierze?

DK: Tak się złożyło, że klub w Przylepie bardzo mocno współpracował z Drzonkowem, a tam królowało WKKW. W zasadzie nikt mnie nie pytał, czy chcę jeździć crossy – po prostu się to wydarzyło. Tak stałam się wkkwistką. W ogóle sport nie bardzo mnie interesował. Kiedy popatrzę wstecz z perspektywy czasu, moi rówieśnicy byli bardzo zaangażowani, wiedzieli kto był mistrzem Polski czy mistrzem świata, czytali wszystkie wiadomości, byli mocno obeznani w sporcie, ja natomiast nie bardzo. Mnie interesowały konie i przebywanie z nimi, fascynowała mnie praca codzienna i spędzanie z nimi czasu. Myślę, że w sport zostałam pchnięta przez działaczy klubowych i tak się jakoś to potoczyło. Młody człowiek idzie na fali tego, co jest mu wyznaczane, a ponieważ jakiś dryg do tego miałam, to się to rozwijało – zaczęłam jeździć WKKW. Pierwszym sukcesem, kolejnym krokiem na mojej drodze jeździeckiej, było zdobycie srebrnego medalu na Olimpiadzie Młodzieży. Z perspektywy czasu to niewielkie osiągnięcie, ale dla młodego człowieka – bardzo duże. Dało mi to przepustkę do tego, aby pójść do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Drzonkowie. Tam zaczęła się toczyć moja dalsza kariera, tam miałam też ogromną możliwość wsiadania na bardzo wiele koni. Ponieważ byłam pracowita, dostawałam wiele koni do jazdy i to mnie na pewno bardzo mocno ukształtowało jako jeźdźca. Do dziś powtarzam, że oczywiście poza wieloma ludźmi, którzy przyczynili się do mojego rozwoju, największy wpływ miały konie, które były dla mnie najlepszymi nauczycielami. Zawsze starałam się analizować i rozwiązywać problemy i wsłuchiwać się w konie, każdy koń był inny. To zapewniło mi bardzo duży rozwój. Następne sukcesy były też w WKKW. Złoto mistrzostw Polski juniorów, młodych jeźdźców, pierwsze starty w seniorach na poziomie 3*. Niestety mój podstawowy koń uległ poważnemu wypadkowi na crossie i w zasadzie zarzuciłam wtedy tę dyscyplinę. Było to dla mnie bardzo ciężkie przeżycie, musiałam się trochę od tego odciąć. Oczywiście konie musiały nadal zostać w moim życiu, ponieważ już wtedy miałam sporo koni w treningu. To podtrzymało mnie w dalszym rozwoju. Zajęłam się młodymi końmi i czempionatami, pokazywaniem ich w trzech konkurencjach. Tak powoli zaczęłam się rozwijać również w skokach. Zdecydowanie więcej jest koni skokowych, jak i klientów, którzy chcą w nie inwestować. Zaczęłam dążyć w tym kierunku, nie pozostawiając oczywiście innych dyscyplin. Do WKKW wróciłam po dłuższej, przynajmniej ośmioletniej przerwie, w 2015. W tej chwili uprawiam trzy dyscypliny, nie równorzędnie – skoki są na pierwszym miejscu. Wszystko jest podporządkowane temu, jakie konie przychodzą do mnie w trening i w jakim kierunku mogę je lepiej pokazać i rozwinąć, jakie mają predyspozycje.

Daria Kobiernik

TS: Która z trzech dyscyplin jest Tobie najbliższa?

DK: Dzisiaj moje serce mówi: skoki. Lubię WKKW, wiem, że jest to dyscyplina, w której jest mniejsza konkurencja i mając naprawdę dobrego konia, można trochę łatwiej i więcej niż w skokach osiągnąć, a nawet zabłysnąć na arenie międzynarodowej. Jednak dziś wybieram skoki i myślę, że to się nie zmieni.

TS: Czynnie startujesz w trzech olimpijskich dyscyplinach, ale doszły nas słuchy, że bierzesz też udział w przygotowaniu koni do innych konkurencji.

DK: Mam małą przygodę z zaprzęgami. Jeżeli o to chodzi, to mam współudział w szkoleniu koni, które trafiają pod lejce Weroniki Kwiatek i Bartka Kwiatka. To konie, na których startowałam w czempionatach ujeżdżeniowych jako czterolatki, przygotowuję je najpierw pod siodłem, dostają trochę ogłady. To konie śląskie, od wspaniałego hodowcy, naszego przyjaciela, więc oczywiście wcześniej idą na zaprzęgowy zakład treningowy. To dobre ogiery, ja trenuję je pod kątem ujeżdżeniowym i pokazuję je w czempionatach. Pracujemy nad dobrą równowagą i balansem, później idą do zaprzęgu. Na koniu Dajluk, który z Weroniką Kwiatek był tegorocznym wicemistrzem świata sześciolatków w powożeniu, zdobyłam trzecie miejsce w czempionatach ujeżdżeniowych. Parę lat wcześniej wspaniały Bazyli, który był mistrzem świata sześciolatków w zaprzęgach – jego również pokazywałam na czempionatach dla koni czteroletnich. Mamy bliską współpracę z hodowcą – Grzegorzem Świątkiem – który szczęśliwie dla mnie zaczął również hodować konie skokowe z bardzo dobrych linii. Zdarzało się w mojej karierze przygotowywać konie do zaprzęgu, do uprzęży, prowadzenia, tak żeby zrozumiały co się z nimi będzie działo. Zdarzało mi się też powozić młodymi końmi, które później szły w większy sport. Ze względu na to, że współpracuję z Weroniką i Bartkiem Kwiatek, odbyłam też parę treningów z naszymi mistrzami, jako ciekawostkę, oraz po to, żebym wiedziała „z czym to się je”, ponieważ przechodziły przez moje ręce konie, które później miały do nich trafiać. Stwierdziłam, że muszę poszerzyć swoją wiedzę i zrozumieć na czym ten sport polega.

162

TS: Jak trudno jest pogodzić przygotowanie swoje i koni do startu na wysokim poziomie w trzech dyscyplinach, zarówno w kwestii treningów, jak i kalendarza startowego?

DK: Najłatwiej jest z końmi ujeżdżeniowymi, nie mam ich aż tak wiele. W skali roku to 2-3 konie, które najczęściej przygotowuję do czempionatów. Jeżeli dobrze się przygotuję w domu, to konie są technicznie gotowe i mogę pojechać na zawody kwalifikacyjne, a później na finały. Czasowo, jeżeli chodzi o wyjazdy, łatwiej jest z końmi ujeżdżeniowymi, ponieważ w moim odczuciu nie muszą być tak objeżdżone po zawodach. Na pewno najwięcej czasu zajmuje mi praca z końmi skokowymi, mam ich najwięcej i z nimi najwięcej pracuję. Najtrudniej jest mi pogodzić kalendarz startów w skokach i WKKW. Na początku sezonu, kiedy ustalam wszystkie plany, mam prawdziwą burzę mózgów, zastanawiam się, jak to połączyć, aby nic nie kolidowało z tymi zawodami, na których naprawdę mi zależy. W tym roku pod koniec września było szalone przedsięwzięcie połączenia dwóch imprez: finału Polskiej Ligi Jeździeckiej w Olszy i zawodów WKKW w Baborówku. Myślałam, że jest to trochę mniejszy dystans, okazało się że to 90 kilometrów. Jestem w szoku, jak fantastycznie wyszło to logistycznie. Udało się to świetnie ogarnąć, na pewno za sprawą ludzi, którzy mi pomagali, nie tylko w mojej ekipie, ale i osób, które organizowały obie imprezy i bardzo przychylnie spojrzały na mój pomysł. Część mojej ekipy pojechała z koniem na WKKW do Baborówka, pozostali byli z czterema końmi w Olszy. W zasadzie nie ominęłam żadnego startu, wszystkie konie skakały bardzo dobrze, ten na WKKW też spisał się bardzo dobrze, a za tym poszły też super wyniki. Jestem w szoku, jak fantastycznie udało się ten plan wykonać. Kiedyś jeszcze udało mi się połączyć dwie bardziej oddalone od siebie imprezy – w Strzegomiu były czempionaty młodych koni, a w Olszy zawody skokowe. Było wtedy o tyle łatwiej, że w Strzegomiu jechałam czworobok tylko w czwartek i w sobotę, a w Olszy w czwartek nie było jeszcze zawodów skokowych. Teraz we wrześniu było dużo trudniej, bo przez wszystkie trzy dni musiałam być i tu, i tu.

107 1

TS: Jesteś też hodowcą, znamy klacz Ideal Girl, na której wygrałaś konkursy LOTTO Eventing Tour na Cavaliadzie w Krakowie oraz Halowe Derby Poznania.

DK: Z tą hodowlą bym nie przesadzała. Pierwszy koń, który był mojej własności, to Iluzja, na której jeździłam jeszcze w Drzonkowie i na której cztery razy brałam udział w mistrzostwach Europy młodzieżowych i juniorów. Mam do niej wielki sentyment, niestety z powodu kontuzji zakończyła karierę i zrodził się pomysł, żeby ją zaźrebić. Ideal Girl, czyli po naszemu Iga, jest jej trzecim źrebakiem i nie ostatnim. Najmłodsza klacz ma trzy lata, zaczynam z nią wstępną pracę nad zajeżdżeniem. Ponieważ jestem bardzo sentymentalna, kiedy kupiliśmy Winchestera i nadarzyła się po paru latach okazja nabycia jego matki, to również trafiła w nasze ręce. Niestety w tym roku straciliśmy ją przy porodzie, to wielki smutek. Mam po prostu parę źrebaków i jeszcze jedną klacz hodowlaną. Natomiast nie jest to więcej niż 1-2 źrebaki rocznie. Nie wychowują się u mnie w stajni, mam stajnię sportową, nie ma w niej takich warunków. Jestem przekonana, że źrebaki muszą być wychowywane w stadzie źrebiąt, z rówieśnikami, żeby były dobrze rozwiniętymi końmi. Moje klacze i źrebaki, poza okresem wyźrebienia, kiedy bardzo chętnie mam je u siebie i przez pierwszy miesiąc mam okazję je trochę poznać i popracować nad ogólnym zrównoważeniem, są wysyłane na pastwiska i wracają do nas albo na zimę, albo dopiero jako trzylatki. Oczywiście mam z nimi kontakt, bo to tylko 15 kilometrów od nas. Jednak nie czuję się hodowcą. To bardzo miłe uczucie, kiedy koń rodzi się na moich rękach, jest to zrealizowanie jakiegoś pomysłu, kiedy później z nim pracuję. Jednak myślę, że jestem przede wszystkim jeźdźcem.

013

TS: Znane jest Twoje wyjątkowe podejście do koni i filozofia pracy z nimi. Czym kierujesz się w treningu?

DK: Ich dobrem. Ich komfortem. Mam głębokie wewnętrzne przekonanie, że jeżeli my, ludzie, weszliśmy w ich życie tak głęboko i wymyśliliśmy im te wszystkie sporty, jesteśmy im winni to, żeby było im z nami dobrze. Żeby pracować w zgodzie z ich psychiką, w zgodzie z ich biomechaniką, w zgodzie z ich możliwościami oraz naturą. To jest mój najważniejszy cel w pracy. Cały czas się tego uczę, cały czas staram się jak najlepiej zrozumieć te zwierzęta. Dążę do tego, żeby patrzeć na świat tak jak one – końskimi oczami. Na co dzień zaspokajam ich naturalne potrzeby bytowania. Ponieważ boks to wymysł człowieka, moje konie spędzają jak najwięcej czasu na padokach wśród swoich towarzyszy. To tam toczy się ich życie, a trening jest tylko urozmaiceniem codzienności. Dla mnie największą wartością jest to, jeżeli koń rozumie, czego od niego oczekujemy, jeżeli jest zadowolony z tego, o co go proszę. Naszym szczęściem jest to, że konie naprawdę lubią się ruszać i lubią pracować. Jeżeli trening nie stwarza im dyskomfortu, to one po prostu chcą to robić. Do tego trzeba im wytłumaczyć o co nam chodzi. Ja to określam tak: żeby koń, z którym wjeżdżam na plac, czworobok, parkur czy kros miał ze mną wspólny cel. Żeby wiedział, po co porusza się w kółko po czworoboku, czy po co skacze te przeszkody, jaki jest cel tego wszystkiego. To nie jest do końca łatwe, wiele koni przerabiałam, z każdym staram się jakoś dojść do porozumienia. Nie zawsze wychodzi tak jak bym chciała, każdy koń to inna osobowość, inny temperament. Każdy koń to osobna historia. Największą wartością dla mnie jest to, jeżeli mogę wjechać na plac na spokojnym, zrelaksowanym partnerze, który przejeżdżając przez celowniki daje z siebie wszystko i też zadowolony i spokojny schodzi z parkuru, czworoboku czy też crossu. To dla mnie największy sukces. Jeżeli za tym idą też wyniki, to super. Natomiast jeżeli jest wynik, a tego brakuje, mam olbrzymiego kaca moralnego i nie jestem zadowolona ze startu. Konie to naprawdę wspaniałe i niesamowite zwierzęta.

219

TS: Jakie są Twoje plany na kolejne sezony, a jakie największe sportowe marzenie?

DK: Mam w tej chwili fajną stawkę koni skokowych. Od jakiegoś czasu mam też możliwość jeżdżenia na trochę większe, międzynarodowe zawody. Tak naprawdę od niedawna, mniej więcej od paru lat mogę rozwijać się w tym kierunku na dużych imprezach. Na pewno będę to kontynuować. Będę rozwijać moje rumaki w zgodzie z ich aktualnymi możliwościami. Oczywiście i ja muszę się szkolić w tym kierunku, aby im pomagać. Marzeniem jest to, żeby z każdym koniem mieć harmonię i wzajemne zrozumienie. To dla mnie naprawdę największy cel. Jeżeli kiedyś trafi się koń, a ja będę umiała pojechać dużo większe zawody, to będzie fantastycznie. Zobaczymy, co czas przyniesie.

TS: Dziękujemy za rozmowę i życzymy powodzenia.

PS W najbliższy weekend podczas zawodów Cavaliada Poznań 2019 Daria Kobiernik wystartuje w trzech konkurencjach: skokach, WKKW i ujeżdżeniu. To pierwszy taki przypadek w 10-letniej historii tej imprezy.

 

Rozmawiała Zuzanna Ostańska

Zdjęcia: Asia Bręklewicz i Łukasz Kowalski


W tym tygodniu

  • CSI5* Paryż FRA
    5-8.12.2019
           
  • CSI4* Salzburg AUT
    4-8.12.2019
           
  • HZO Leszno POL
    6-8.12.2019
           

Ranking PZJ (30.11.2019)

1. Wojciech Wojcianiec 3505
2. Krzysztof Ludwiczak 2866
3. Jarosław Skrzyczyński 2861
4. Andrzej Opłatek  2682
5. Jan Bobik 2032
6. Maksymilian Wechta 1782
7. Grzegorz Kubiak 1599
8. Kamil Grzelczyk 1280
9. Michał Kaźmierczak 1220
10. Adam Grzegorzewski 1180
  CAŁY RANKING  

Polacy w rankingu FEI (30.11.2019)

120 Wojciech Wojcianiec 1285
162 Andrzej Opłatek 1075
184 Krzysztof Ludwiczak 1020