Logo tylkoskoki

erys 12 norton

Wiesław Hartman w tym roku skończy 70 lat. Ten jeden z najlepszych polskich skoczków lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, czterokrotny wicemistrz Polski, wicemistrz olimpijski, nadal jest czynną postacią polskiego jeździectwa. We wrześniu zeszłego roku trenowany przez niego 16-latek Aleksander Lewandowski zdobył tytuł mistrza Polski juniorów.

„Bardzo pracowity, sumienny, dbający o konie i co ważne w tamtych czasach - bez nałogów. Był w Kwidzynie nie tylko jeźdźcem numer jeden, ale i wzorem do naśladowania. Pomagałem mu jak mogłem, a on odwdzięczał się dobrymi wynikami” – tak Wiesława Hartmana wspomina jego wieloletni szef ze Stada Ogierów i klubu Nadwiślanin Kwidzyn - Józef Zagor.

Hubert Szaszkiewicz z kolei podkreśla jego cechy osobiste. „Bardzo dobry kolega. Dowcipny, z nim nie można było się nudzić, miał świetne powiedzenia. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek miał z nim jakiś zatarg. Nawet jak były jakieś kontrowersje, to od razu były przez niego zamienione w żart.” Potwierdza to Bohdan Sas-Jaworski: „Zawsze był po prostu dobrym kumplem, zawsze uśmiechnięty. Z Erysiem było po prostu fajnie i sympatycznie i taki jest do dziś”.

„Nigdy się nie przejmował niepowodzeniami, tylko zawsze z uśmiechem przyjmował i porażki, i sukcesy. A sukcesów miał dużo, bo był bardzo zdeterminowany. To, co dawało mu przewagę nad rywalami, to fakt, że umiał odrzucić wszelkie problemy i po prostu robić swoje. Do dzisiaj, kiedy spotykamy się na zawodach to wspominamy wspólnie przeżyte chwile i cieszymy się, że dziś nasi podopieczni – juniorzy rywalizują ze sobą. Do teraz jest to bardzo sportowa walka i jeden drugiemu gratuluje sukcesu” - dodaje Krzysztof Koziarowski, który w okresie przed i po IO w Moskwie pełnił funkcję drugiego trenera reprezentacji polskich skoczków.

Erys 18

Od babci do Stada

Nikt w rodzinie Wiesława Hartmana nie był koniarzem. W tamtym czasie, w latach sześćdziesiątych, konie miała tylko prowadząca niedaleko od Kwidzyna gospodarstwo babcia Wiesława. A że wnuk był jej oczkiem w głowie i od małego zapałał miłością do pociągowych koni, ona pozwalała mu na wiele.

„Podczas wakacji, pracując końmi w polu, zacząłem na nie wsiadać na oklep, bardzo mi się to spodobało” wspomina dziś Wiesław Hartman. Z pola babci widać było kwidzyński cross, na którym do IO przygotowywali się polscy wkkwiści. Stąd z jazdy na oklep na koniach roboczych szybko zrodziła się chęć spróbowania prawdziwej jazdy wierzchem.

W.H.: „Pociąg miałem straszny do tego, nocami o tym śniłem”

Przebywający na zgrupowaniu kadrowicze przyjęli do siebie kilkunastoletniego, przyglądającego się ich treningom chłopaka, dając mu po kryjomu postępować konie, a z czasem udzielając pierwszych wskazówek. Najaktywniejszy w tej kwestii był Marek Małecki (Mistrz Polski w WKKW, olimpijczyk z Monachium), który nauczył Wiesława kłusować i galopować.

W.H.: „Spodobało mi się to jeszcze bardziej, więc w 1967 roku zgłosiłem się do pracy w zakładzie Treningowym Ogierów w Kwidzynie”.

Erys 24 Deuter

Od tego momentu rozwój jeździecki już wtedy Erysia postępował bardzo szybko.

W.H.: „Takie pseudo miał w Kwidzynie każdy i to przyrastało do każdego. Funio [Jan Skoczylas] był Funio. Mi dali Eryś. Dlaczego? Nie wiem, ot tak po prostu i tak to do mnie przyrosło” – można powiedzieć, że przyrosło nie tylko do Wiesława, bo nawet na każdego z trzech jego synów do dziś koledzy mówią Młody Eryś.

Niemały wpływ na rozwój talentu Erysia miał Jan Kubiak – ówczesny jeździec z Kwidzyna, mistrz Polski w skokach. I być może dlatego Hartman szybko postawił na skoki. Co prawda debiut w mistrzostwach Polski zaliczył w WKKW, ale dalej trenował skoki dostając do jazdy, co dziś trudno sobie wyobrazić, konie, które nie nadawały się do WKKW, którego polską stolicą był w tamtych czasach Kwidzyn.

Lotnik

W 1969 Wiesław Hartman trafił do Wojskowego Klubu Sportowego Lotnik – do sekcji jeździeckiej w Starej Miłosnej [później włączonej do Legii Warszawa]. Po dwóch latach służby zasadniczej postanowił zostać zawodowym żołnierskim sportowcem i pewnie by tak było, gdyby nie charakter człowieka, który czuje konie i ma własne zdanie.

Erys w wojsku pop

W.H.: „Dostałem do jazdy folbluta o nazwie San Remo. Był bardzo ostry, jego nadmierny temperament nie pozwalał mu się skupić na parkurze. Razem z Legią pojechaliśmy na zawody do Berlina Zachodniego na hipodrom olimpijski. Marian Kozicki [późniejszy kolega z reprezentacji olimpijskiej] podpowiedział mi, żeby na rozprężenie tylko kłusować, oddać jeden skok i wjechać na parkur. Miał rację. San Remo zanim zdążył się rozkojarzyć, był już na mecie. Skakał fantastycznie. Prosto z Berlina wróciliśmy na zawody na Kozielską. Tu ponownie spotkałem mojego szefa i trenera z Lotnika - majora Henryka Roycewicza [srebrny medalista IO w Berlinie w 1936 roku w WKKW]. Poróżniliśmy się o sposób rozgrzewki San Remo. Wróciłem jeszcze na Starą Miłosną, ale zdecydowałem, że jadę z powrotem do Kwidzyna”.

Norton

Do 1975 (do tragicznej śmierci w wypadku samochodowym) dyrektorem stada w Kwidzynie był Jerzy Grabowski [wicemistrz Polski w skokach, trener kadry WKKW]. Już on postawił na talent skokowy Wiesława Hartmana, dawał mu do jazdy coraz lepsze konie. Między innymi Cyriaka (wcześnej WKKW jeździł na nim Jan Skoczylas), na którym Eryś wygrał konkurs międzynarodowy w 1975 roku w Pradze i zajął 4 miejsce w mistrzostwach Polski w skokach w Sopocie. (Cyriak na zdjęciu poniżej)

Erys 5 Cyriak

Kilka lat później szefem w Kwidzynie został Józef Zagor, którego Eryś poznał wcześniej w Lotniku. Zagor zaufał Hartmanowi, stworzył mu dobre jak na tamten czas warunki: stajnia sportowa na osiem koni, luzak i duża swoboda w treningu. W stawce Hartmana pojawił się folblut Norton (hod. SK Golejewko po Effort) – koń jego życia.

W.H.: „Koń kupiony był przez stado, nie nadawał się do WKKW. Dyrektor Grabowski dał mi go, żebym przygotował go do jesiennej aukcji. Ale to nie było łatwe. Norton bał się wszystkiego, a najbardziej drągów. Jakbym postawił go w hali między czterema drągami, to sam by z tego kwadratu nie wyszedł. Stąd na małych przeszkodach skakałem go codziennie. Mimo to na aukcji nie został sprzedany, bo nie zachwycił kupców ani ruchem, ani skokami. To mnie zmobilizowało jeszcze bardziej. Po roku zadebiutował w zawodach - od razu w konkursie 120 cm.”

Koń progresował bardzo szybko.  W 1976 roku, kiedy miał 7 lat, Hartman zdobył na nim swój pierwszy medal (srebrny) mistrzostw Polski, a potem kolejne w 1978 i 1980 (srebra) oraz w 1983 (brąz). W okresie 1976 – 83 startował w 26 Pucharach Narodów (wygrana w Płowdiw w Bułgarii) dwa razy w Mistrzostwach Europy (Rotterdam 1979 i Hickstead 1983). Najbardziej prestiżowe występy pary Wiesław Hartman i Norton miały miejsce na IO w Moskwie (1980) i na CHIO w Akwizgranie (1981).

W.H.: „Selekcja przed IO w Moskwie była ostra. Dużo czasu spędzaliśmy na zgrupowaniach w Drzonkowie. Bardzo ceniłem sobie współpracę z trenerem Marianem Kowalczykiem [mistrz Polski w skokach i ujeżdżeniu, trener kadry olimpijskiej na IO w Moskwie]. On zawsze z nami rozmawiał. Był bardzo wyrozumiały. Wiedział, że z Nortonem trzeba obchodzić się jak z jajkiem. Czuł, tak jak ja, że na nim nie można skakać na przykład skoków wyskoków, czy innych gimnastycznych rzeczy. Stąd na zgrupowaniach wszyscy skali jedno, a ja z Nortonem zupełnie co innego.

W Moskwie, choć ekip było niewiele [z powodu bojkotu Igrzysk przez kraje zachodnie], łatwo nie było. A miałem porównanie, bo wcześniej startowałem na wielu wielkich zawodach, jak Rzym, Lucerna czy Aachen. Przeszkody były bardzo duże, stacjonaty po 160 cm ściany z 10 drągów, szeregi z murem w środku, a najtrudniejszy był rów – szerokość 4,60. Gdyby w indywidualnym konkursie Norton dwa razy nie chwycił rowu, to rozgrywałbym się z Kowalczykiem o złoto. Niestety rów zawsze był słabą stroną Nortona”.

Ostatecznie po srebrnym medalu z drużyną indywidualnie Hartman zajął 6 miejsce.

Erys IO

W.H.: „Grand Prix w Akwizgranie to konkurs, którego trudność znają wszyscy. Tam największe żniwo zawsze zbierał szereg z dwóch okserów na rowkach, zwłaszcza, że konie uciekały tam od jeziorka. Wtedy w 1981 pokonałem dwa nawroty na zero i jechałem jeszcze rozgrywkę. Norton skakał niesamowicie. Kibice ze zdziwienia podnosili głowy i obserwowali jak taki mały koń [160 cm] tak dobrze sobie radzi. Wygrał ówczesny Mistrz Europy Paul Schockemöhle na Deisterze. Nagroda też była rekordowa – chyba 30 tysięcy marek. Ale wtedy zawsze dzieliliśmy się tym co przypadało na zawodników [połowa] po równo na każdego członka ekipy. I nie było z tym problemu. Przeważnie najwięcej wygrywał Kowalczyk, ale wtedy to ja mocno zasiliłem kasę” – ten wynik z 1981 roku - 6 miejsce w Wielkiej Nagrodzie Aachen, jak do dotąd nie został poprawiony przez żadnego polskiego jeźdźca. A bez wątpienia ten konkurs miał i ma niezwykły (chyba największy w świecie jeździeckim) prestiż.

Erys 13 Norton GP Aachen 81 pop

Hubert Szaszkiewicz: „W tej chwili w internecie toczy się zaaranżowana przez Tor Służewiec dyskusja o wykorzystaniu folblutów w sporcie. Eryś z Nortonem to rzeczywiście była para. Pamiętam było to na CSIO w Lucernie [1980]. W konkursie, kwalifikacji do Grand Prix, startowała cała światowa czołówka. Przeszkody były bardzo wysokie, a do tego były fatalne warunki, zamiast trawy praktycznie błoto. Ostatnią przeszkodą był triplebarre. On go zdjął znacznie wcześniej, niż wynikało to z teorii, ale on wiedział co robi. Cała trybuna zamarła, koń doleciał szerokość i wygrali konkurs.”

Krzysztof Koziarowski: „Hugo Simon [trzykrotny zdobywca PŚ, srebrny medalista IO w Barcelonie] podszedł do mnie i mówi, że chyba czas źle zmierzyli. Trudno było w to uwierzyć, ale on dziesięcioosobową rozgrywkę wygrał o ponad 3 sekundy. A jechali wszyscy wielcy. Zmierzyliśmy potem ślady, skok nad triplebarrem miał prawie 7 metrów długości. Przyszła pani z widowni i dała Erysiowi swój złoty kolczyk, bo czegoś takiego w życiu nie widziała. Bez wątpienia ten folblut był koniem jego życia. Przez wiele lat byli podporą ekipy w najważniejszych CSIO, Pucharach Narodów, praktycznie nigdy nie zawiedli. Norton nigdy się nie zatrzymał, zawsze dawał z siebie wszystko. Stąd na Erysia zawsze można było liczyć.”

Na zawodach w Austrii koń doznał kontuzji ścięgna. Przez rok Eryś sam poddawał go rekonwalescencji. Norton wrócił na parkury. Zdobył jeszcze jeden medal MP i na zawodach w Donaueschingen w 1983 roku pojawił się kupiec.

W.H.: „Wiedziałem, że tak pochodzi jeszcze i będzie miał zapewnioną dobrą opiekę do końca życia, więc się zgodziłem na sprzedaż. Przez kilka sezonów skakał jeszcze w wysokich konkursach i wystartował w ME juniorów, dożył do 25 lat.”

Każdy jest dobry

Długo by wymieniać inne konie które trafiały w młodym wieku do zakładu treningowego w Kwidzynie, a w nim do sportowej stajni Erysia. Kibicom w pamięci pozostawanie między garbonosy Hart (ur. 1972 w SK Liski po Kondeuszu), na którym Hartman zdobył swój piąty medal MP (brąz w Łobzie w 1986) i wielokrotnie plasował się wysoko w prestiżowych zawodach międzynarodowych.

B.S-J.: „To był bardzo dobry i silny koń, ale jednocześnie niezwykle trudny w pysku. Wielu z nas próbowało na nim swoich sił podczas zgrupowań, ale okazało się, że tylko Wiesiek daje sobie na nim radę. Pamiętam jak świetnie pojechał na nim w Grand Prix na CSIO w Rzymie.”

Specjalnością Harta były potęgi, których dzięki olbrzymiej sile i dobremu stylowi skoku wygrał kilkanaście, wielokrotnie pokonując mur o wysokości 210 cm (na zdjęciu poniżej podczas potęgi na ZOO w Iwnie w 1984 r.).

Erys 10 Hart

Markus (ur. w 1974 w Plękitach po Perkozie), uczestnik zwycięskiego dla Polaków Pucharu Narodów na CSIO w Sopocie w 1985 roku (udział wzięli też Marian Kozicki, Rudolf Mrugała i Grzegorz Kubiak – do tej pory to ostanie zwycięstwo Polaków na CSIO w naszym kraju), startował w Pucharze Narodów w Akwizgranie. Koń ten po wcześniejszej karierze w WKKW miał problem z nogami. Stąd podczas pracy w domu nie można go było forsować. Dla utrzymania w kondycji Eryś trenował go w bryczce.

W.H.: „Był masywny, ale niezwykle skoczny, po prostu piłka. Na niego siadałem dopiero na zawody. Miał kłopoty z trzeszczkami, więc dobrze robił mu ruch po twardym podłożu. Stąd jeździłem w bryczce, trochę po lesie, trochę po szosie i żeby przygotować go technicznie trochę pod górę i z obciążeniami”.

„Ojciec wsadzał nas [trzech synow] na bryczkę, ale nie zawsze wszystkich, bo obciążenia każdego dnia były zaplanowane” – wspomina Sławomir Hartman.

Erys 7 Markus

Poprzez zakład treningowy Eryś jeździł też wiele innych koni, które później odnosiły sukcesy pod innymi jeźdźcami. To między innymi: Kobryń, Deuter, Szaser, Sopran. Dla niego praktycznie każdy koń może wiele osiągnąć.

S.H.: „On cały czas wierzy, że nie ma złego konia, każdemu trzeba dać szansę, tylko trzeba dobrze przepracować. Ja mówię mu czasami, że ten koń to taki średni jest. A on na to – nie średni, pojeździ więcej, poskacz, a zobaczysz, że będzie dobry”.

Tak jak konie ze SO w Kwidzynie trafiały do innych jeźdźców, tak i w tamtych czasach Wiesław Hartman miał okazje dosiadać koni swoich kolegów z kadry.

H.Sz.: „Potrafił pojechać na każdym koniu, co dawało wyraz, kiedy się tymi końmi zamienialiśmy.”

W.H.: „Bodajże w 1975 roku był wyjazd na trzy turnieje do USA. Zawody przed pełną publiką w halach w Toronto, Waszyngtonie i Nowym Jorku. W ekipie: Jan Kowalczyk, Henryk Hucz, Antoni Pacyński. W ostatniej chwili okazało się, że mój koń Cyriak nie przeszedł badań i nie poleciał, więc miałem być w ekipie tylko luzakiem. Jednak po pierwszych zawodach trener ekipy Andrzej Orłoś zadecydował, że mam wsiąść na konie kolegi Antoniego Pacyńskiego. Nie było dyskusji, trzeba było startować, choć tych koni zupełnie nie znalem. A tu parkury 140 i 150 cm. Był taki dziwny konkurs – przesiadany. Jeden zawodnik startował na dwóch koniach a kluczowym elementem była ich zmiana. Startowałem na Porfirze i na Zygzaku. Tego drugiego akurat znałem. To był koń Janusza Bobika, dosiadałem go wcześniej na zgrupowaniach. Wiedziałem, że trudno na niego wsiąść, ale trener był innego zdania i on miał być tym drugim. Jadę na Porfirze, Andrzej Orłoś trzyma w hali Zygzaka. Chcę wsiąść na niego, on robi skok w bok, przewraca trenera, ja spadam na niego. Dwa konie biegają po hali, a my leżymy jeden na drugim, publiczność pęka ze śmiechu, a trener Orłoś mówi – miałeś rację.”

Rodzina

Mimo że Wiesław Hartman podkreśla, że w jego rodzinie nie było tradycji jeździeckich, on sam zaszczepił końskiego bakcyla wszystkim swoim dzieciom. Sławomir, Krzysztof, Maciek i Karolina - cała czwórka startowała i częściowo nadal startuje w konkurencji skoków przez przeszkody. Przez długi czas jeździli razem. Wspólnie z synami pracował w latach 90-tych w klubach Turbud Brzeg i Halex.

„Praktycznie od dzieciaka czas spędzaliśmy z nim a co za tym idzie z jego końmi. Szkolił nas mocno. Skakaliśmy, spadaliśmy i z powrotem wsiadaliśmy na konie. Bardzo dużo czasu nam poświęcał i można powiedzieć, że on nas w to jeździectwo wprowadził i wszystkiego nas nauczył. Pozwalał nam dosiadać swoich koni, ale przeważnie tych trudniejszych. Jeździłem nawet na Harcie i nigdy nie przyjmował do wiadomości, że nie damy rady. Długo jeździliśmy razem. Mama zawsze apelowała: szkoła, szkoła, szkoła, a tata – konie, konie, konie. Dzisiaj każdy z nas pracuje już osobno. Ale nawet teraz kiedy widzi mój przejazd zawsze stara się przekazać cenne wskazówki. Do tego zawsze wprowadza fantastyczną atmosferę, lubi być duszą towarzystwa, zagrać na akordeonie. Jednak przy nim każdy musi pamiętać, że następnego dnia rano trzeba wstać i iść do stajni” – mówi Sławomir – dwukrotny medalista Pucharu Polski Seniorów – najstarszy z synów Erysia.

Tak jak kiedyś miłością do koni Wieśka zaraziła babcia, tak on dziś, po tym jak czwórka jego dzieci jeździ już konno, teraz koniarstwo chce zaszczepić wnukom. Najstarszy z nich Łukasz (syn Krzysztofa) choć nie jeździ, często towarzyszy dziadkowi podczas treningów i zawodów, będąc podręczną encyklopedią na temat wyników jeździeckich z całego świata.

erys OOM

Teraz Wiesław Hartman z jednej strony cieszy się olimpijską emeryturą, z drugiej cały czas jest czynnym trenerem. Pod jego okiem na mistrza Polski juniorów i uczestnika konkursów zaliczanych do światowego rankingu wyszedł Aleksander Lewandowski. Sporo sukcesów w kategoriach młodzieżowych odnosi też Zuzanna Golicka. Co najważniejsze - podczas zawodów, na których często można go spotkać, od Erysia (na zdjęciu powyżej podczas otwarcia OOM w Strzegomiu w 2016 roku) nadal bije uśmiech i sympatia do całego świata. Kto nie zna, niech się nie boi – niech podejdzie i porozmawia, bo warto.

 

    

Fot. z prywatnych zbiorów Wiesława Hartmana, FB Stowarzyszenia Legia-Kozielska i LKS Stragona Strzegom


W tym tygodniu

  • CSIO Zduchovice CZE
    12-16.08.2020
           
  • CSI2* Arnas Champburcy FRA
    13-16.08.2020
           

Ranking PZJ (31.07.2020)

1. Wojciech Wojcianiec 3639
2. Andrzej Opłatek  3026
3. Krzysztof Ludwiczak 2945
4. Jarosław Skrzyczyński 2807
5. Maksymilian Wechta 2262
6. Jan Bobik 1907
7. Kamil Grzelczyk 1578
8. Grzegorz Kubiak 1499
9. Michał Kaźmierczak 1308
10. Adam Grzegorzewski 1010
  CAŁY RANKING  

Polacy w rankingu FEI (31.07.2020)

119 Wojciech Wojcianiec 1340
160 Andrzej Opłatek 1180
200 Krzysztof Ludwiczak 1008