Logo tylkoskoki

Koledzy o kowalczyku cz5POP

W kolejnej części naszego cyklu swoje wspomnienia przekazał nam Hubert Szaszkiewicz - kolega z kadry, uczestnik Pucharów Narodów, wicemistrz Polski, wieloletni trener kadry seniorów, młodych jeźdźców i juniorów. Dziś komentator jeździectwa w Eurosporcie.

Myślę, że o Janie Kowalczyku, którego nazywaliśmy Jankiem, zostało powiedziane właściwie wszystko. Koledzy w swoich wspomnieniach fantastycznie opisali jego koleżeństwo, porządność, dryl wojskowy, któremu zawsze sam się poddawał i nas też próbował do tego namówić. Był szalenie zdyscyplinowany w kontaktach z trenerem czy szefem ekipy. Ja wystąpiłem z nim w ekipie w trzech różnych rolach. Na mistrzostwach Europy w 1967, w których startował, byłem luzakiem Wiesława Dziadczyka. Później razem wystąpiliśmy w mistrzostwach Europy w 1981 w Monachium, a wcześniej w Pucharze Narodów w Olsztynie i wielu innych zawodach zagranicznych. Później kilkukrotnie byłem szefem ekipy, w której Janek startował. W każdej z trzech moich ról zawsze spotykałem się z jego strony z wielką pomocą. Trzeba zgodzić się z przedmówcami, że był to fantastyczny kolega. My wtedy nie mieliśmy nic. On był z nas najlepszy, był uznanym jeźdźcem i cały świat go podziwiał. Jednak za granicą jeździło się już wtedy za pieniądze. Może małe dla jeźdźców zachodnich, ale dla nas były to rzeczy bardzo pomocne. Na zawodach w Niemczech na przykład dostawaliśmy pięć marek kieszonkowego na coca-colę czy wodę. Nie ulega kwestii, że ogrom nagród, które wygrywała nasza ekipa, było zasługą Janka. Przez wiele lat byłem szefem rady zawodniczej i próbowałem sprawić, aby on z tych nagród korzystał w większej kwocie – nigdy nie pozwolił zmienić tych warunków. To był wyjątkowy człowiek.

Zrzut ekranu 2020 03 29 o 18.18.23

Mówi się o tym, że to genialny jeździec. Ja chciałbym zwrócić uwagę na to, jak jego genialność się objawiała. Nie wiem, czy młodsi czytelnicy będą pamiętali, czy mieli okazję obejrzeć jego przejazdy z tamtych czasów. Nie mówię tu o tym sławnym starcie olimpijskim, ale o normalnych konkursach międzynarodowych czy krajowych. Jego geniusz opierał się na fenomenalnym wyczuciu tempa i niebywałym wprost widzeniu z daleka miejsca odskoku. Przypominam sobie jego wjazdy na parkur – pełnym galopem, na zebranym koniu. Dziś potrafię sobie to wytłumaczyć, że był to już element przekazania koniowi koncentracji: „Zwróć bracie uwagę - tu będzie się szybko działo.” Można śmiało powiedzieć, że jego ówczesna jazda jest bardzo podobna do jazdy dzisiejszej. Minęło trzydzieści czy czterdzieści lat od tych największych sukcesów, a on już wtedy wiedział, że koń musi skakać na kontakcie, żeby nie stracił równowagi po oddaniu mocnego skoku i użycia dużej siły do odbicia. On to instynktownie wiedział.

Nie robiąc przykrości polskiej hodowli, której sam jestem przedstawicielem, Jan Kowalczyk jeździł na koniach, którym daleko było do klasy koni zachodnich rywali. W Polsce wtedy jeszcze to raczkowało. Dopiero około 1960 roku zaczęło to iść w kierunku hodowli konia sportowego. Nie umniejszając nic starszym kolegom hodowcom, którzy wyhodowali masę fantastycznych koni. Myślę, że najlepszy koń, na którym on siedział, to koń jego przyjaciela – świętej pamięci Henryka Hucza - Bertyn. Wtedy pokazał światu, jak pięknie i technicznie jeździ.

Zrzut ekranu 2020 03 29 o 18.16.26

Wrócę do zgrupowania przedolimpijskiego w Drzonkowie, które trwało ponad pół roku. Trener wprowadził taki system, że raz w tygodniu wymienialiśmy się całą stawką koni – każdy z nas miał ich cztery lub pięć. Jego konie były perfekcyjnie wyszkolone i wszystko rozumiały. Dni, w którym dosiadałem jego koni, a on moich, były dla mnie treningiem, do którego nie musiałem przykładać wiele siły. Te konie doskonale reagowały na wszystkie pomoce. On zazwyczaj dosiadał koni mniejszych, bardziej nerwowych. Takie były: Drobnica, Ronceval, Artemor czy Blekot. To były konie, które „dodawały” sobie klasy nerwowością. Wspaniale potrafił to wykorzystać. Instynktownie wiedział, że koń, który ma mniejsze możliwości skokowe, musi zmagazynować w sobie siłę posługując się tempem. Kto uważnie obserwował jego przejazd olimpijski, widzi, że Artemor robi wszystko, aby skoczyć przeszkody czysto. Śmiem twierdzić, że nie było wtedy jeźdźca, nawet wśród światowej czołówki, który potrafiłby tak przeprowadzić Artemora przez ten parkur.

Wspomnienie o Janie Kowalczyku musi dotyczyć jego artyzmu. Wszystkie komplementy, które na niego spadają, są absolutnie zasłużone. Jego mistrzostwo było oparte na fantastycznej intuicji, o czym mówił Marian Kozicki. Ja pamiętam, jak wjechaliśmy pewnego razu na parkur w Donaueschingen, startowaliśmy wtedy w sztafecie. Para przed nami miała jeszcze dwie przeszkody do skoczenia, nas sędzia startowy wpuścił już na arenę. Na ostatniej przeszkodzie tamten startujący koń złamał nogę. To na pewno smutna i nieprzyjemna sytuacja dla każdego jeźdźca, szczególnie przed występem. Jak mogliśmy czytać w poprzednich wspomnieniach, Janek był przesądny. Zawiązała się między nami szybka dyskusja: „Jedziemy, czy nie jedziemy?”. Janek przede wszystkim był humanistą i wielkim koniarzem, na każdym musi zrobić to ogromne wrażenie. Później budził się jednak też profesjonalizm, wiedział, że musimy dobrze pojechać. Zajęliśmy wtedy trzecie miejsce.

Zrzut ekranu 2020 03 29 o 18.21.00

Po mistrzostwach Polski w Łącku w 1995 roku przypadł mi miły zaszczyt pożegnania go jako jeźdźca. Wspaniałą ceremonię zorganizował ówczesny dyrektor Michał Wojnarowski. Muszę powtórzyć to, co powiedziałem wtedy. Wielu uważało Janka za fantastycznego kolegę, bo to rzeczywiście był kompan do zabawy, do zawodów, do długich jazd samochodem przez Europę. Jednak myślę, że w tym wszystkim dla mnie był to nieprawdopodobny fawor, że mogłem z takim wielkim jeźdźcem konkurować i być w jednej ekipie. Do dziś uważam to za wielki zaszczyt dla mnie jako jeźdźca i sportowca.

Bardzo ważną rzeczą był fakt, że po olimpiadzie w Moskwie był on bardzo sceptyczny. Nie bardzo wiedział jak zachód na to zareaguje. Nie było internetu, telefonów, dziś jest inaczej – wszyscy jeźdźcy się znają i mają ze sobą kontakt. Sierpniowe Igrzyska Olimpijskie w Moskwie były ostatnim międzynarodowym występem w roku dla Kowalczyka. Następny zagraniczny start był w maju kolejnego roku na zawodach w Kolonii. Pojechaliśmy wtedy on, Wiesław Hartman, Stanisław Helak i ja. Na tych zawodach był cały świat. Na dzień dobry Janek wygrał konkurs otwarcia na Artemorze i otrzymał burzę oklasków. Zeszło z niego powietrze. Wszyscy mówiliśmy mu, że świat zachodni go kocha i uważa za świetnego jeźdźca, ale tu dostał na to namacalny dowód, że oni naprawdę cieszyli się z tego, że w Moskwie wygrał właśnie on – ich równorzędny konkurent. Zawsze wiedzieli, że jego konie skaczą wydawałoby się więcej niż mogą i to tylko dzięki jego artyzmowi.

Na zgrupowaniu w Drzonkowie poznałem jego kilkuletniego syna Marcina i codziennie po południu jeździliśmy razem stępem, a on siedział razem ze mną w siodle. Byliśmy daleko od domu, ja miałem małe dzieci, a on mi je przypominał. Jan Kowalczyk z żoną wychowali fantastycznego człowieka, to też jest wielkim sukcesem. Jego syn jest wybitnym specjalistą od silników samolotowych.

Zrzut ekranu 2020 03 29 o 18.21.44

Janek, kiedy wchodził do stajni, od razu patrzył co się dzieje nie tylko z jego końmi, ale też co robi luzak i w czym on może pomóc. Od razu włączał się w pracę, coś poprawił, coś podpowiedział. Od małego chłopca był związany ze stajnią i było to widać. Miał w sobie rygor własny, który nam przekazywał. Nie stawał się przy tym sierżantem. To rzadkość, nawet w sporcie, nie spotkałem się nigdy z żadnym z naszych jeźdźców, który nie byłby pod jego urokiem. To był człowiek bezpośredni, bardzo otwarty. Jak coś mu się nie podobało, to „walił” prosto z mostu.

Kiedy zostałem szefem ekipy, byliśmy na zawodach w Falsterbo czy Salzburgu na CSIO, wiedziałem, że jest to mój bardzo doświadczony kolega, którego zawsze mogę zapytać o radę. Szef ekipy musi podejmować różne decyzje, ułożyć zespół. Nie było mowy o tym, żebym zrobił to nie radząc się Janka. Wszystkie jego porady spotykały się ze zrozumieniem. Nigdy nie pokazywał żadnej niesubordynacji, a nawet niezadowolenia, bez względu na to, kto był trenerem czy szefem ekipy. Był jeźdźcem szalenie wyważonym, mimo swojego temperamentu. Nie stwarzał dystansu i łatwo się zaprzyjaźniał. Mógł świecić przykładem w każdą stronę. Tak, jak koledzy go opisują, tak właśnie go postrzegaliśmy.

Wcześniej o Janie Kowalczyku opowiadali jego koledzy z zespołu na IO w Moskwie:

Marian Kozicki (cz. 1) TUTAJ

Wiesław Hartman (cz. 2) TUTAJ

Bohdan Sas-Jaworski (cz. 3) TUTAJ

Janusz Bobik (cz. 4) TUTAJ

Zdjęcie 1: Zgrupowanie kondycyjne skoczków i WKKWistów, Krynica, październik 1979. Od lewej: Wiesław Hartman, Marian Kozicki, Jan Kowalczyk, Hubert Szaszkiewicz, Mirosław Szłapka, Jacek Wierzchowiecki  

Zdjęcie 2: Zgrupowanie przedolimpijskie w Drzonkowie - zawody szermierskie zorganizowane przez pięcioboistów. Od lewej: Janusz Bobik, trener, Bohdan Sas-Jaworski, Hubert Szaszkiewicz, Jan Kowalczyk.

Zdjęcie 3: Dekoracja JMP, Warszawa 1979. Od lewej: Jan Kowalczyk, Hubert Szaszkiewicz, Bohdan Sas-Jaworski, Wiesław Hartman, Marian Kozicki.

Zdjęcie 4: Mistrzostwa Europy, Monachium 1981. Od lewej: Jan Kowalczyk, Max Kühner (szósty zawodnik Mistrzostw Świata w Tryon z roku 2018) z mamą, J. i H. Szaszkiewiczowie

Zdjęcia dzięki uprzejmości Huberta Szaszkiewicza. 


W tym tygodniu

  • CSIO Zduchovice CZE
    12-16.08.2020
           
  • CSI2* Arnas Champburcy FRA
    13-16.08.2020
           

Ranking PZJ (31.07.2020)

1. Wojciech Wojcianiec 3639
2. Andrzej Opłatek  3026
3. Krzysztof Ludwiczak 2945
4. Jarosław Skrzyczyński 2807
5. Maksymilian Wechta 2262
6. Jan Bobik 1907
7. Kamil Grzelczyk 1578
8. Grzegorz Kubiak 1499
9. Michał Kaźmierczak 1308
10. Adam Grzegorzewski 1010
  CAŁY RANKING  

Polacy w rankingu FEI (31.07.2020)

119 Wojciech Wojcianiec 1340
160 Andrzej Opłatek 1180
200 Krzysztof Ludwiczak 1008